RSS
niedziela, 27 czerwca 2010

Dołącz do najpotężniejszej armii świata (światów)...

 

 

Szczegóły: http://dominikanie.pl/rozaniec.php

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Rekolekcje klasztorne

Nasz klasztor odbywał swoje rekolekcje roczne, a bracia nowicjusze mogli uczestniczyć w konferencjach.Głosił je karmelita – o.Marian Zawada. Nie chciałbym być na jego miejscu – mówić tygodniowe rekolekcje do zakonników, którzy od kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu lat sami specjalizują się w głoszeniu (w końcu to Zakon Kaznodziejów), którzy przecież już „wszystko wiedzą” i już nie da się ich niczym zaskoczyć. Wyzwanie tylko dla najodważniejszych. Początkowo trudno było ojcu rekolekcjoniście przebić się przez trochę inny- dominikański sposób głoszenia, stylem, powiedzmy, karmelitańskim. Jednak po ostatniej konferencji, skierowanej tylko do braci nowicjuszy, nie miałem już żadnych wątpliwości – o.Marian powinien nosić biały habit – zdecydowanie bardziej by do niego pasował…

„ O jak dobrze i miło…

…gdy bracia mieszkają razem” (Ps 133,1). Kiedy jakiś brat choruje, zgłasza się do infirmiarza. Oczywiście często choroba nie zatrzymuje się tylko na jednym bracie, dlatego zwykle mówi się, że jakaś choroba „przewinęła się przez klasztor". Infirmeria jest jednocześnie naszą apteką. To tam znajdziemy każdy specyfik na każdą potrzebę. Infirmeria leczy nie tylko chore ciała, ale także pociesza ducha i koi zagubiony umysł. „Gdy oni chorowali, ja wkładałem wór pokutny i umartwiałem się postem” (Ps 35,13) – wymowny napis na drzwiach naszej nowicjackiej apteki zachęca do korzystania z tej wielopłaszczyznowej pomocy. Infirmeria i sympatycy – przede wszystkim instytucje takie jak powołaniówka i Komisja Liturgiczna Nowicjatu – chętnie uczestniczą w akcjach dla dobra ludzkości, np. co 2 miesiące spuszczamy krew oraz pragniemy zostać wielkodusznymi dawcami szpiku. I w tym miejscu, reprezentując Komisję Liturgiczną Nowicjatu, muszę wyrazić wdzięczność bratu z sąsiedniej celi, „…bo tam [w infirmerii- przyp. własny] udziela Pan błogosławieństwa, życia na wieki” (Ps 133,3).

„Krzyż. Nie tylko go podziwiać,(…) ale umrzeć na nim.”

Dominikalia. Wykład dla braci o nowożytnych naukowcach dominikańskich. Nie może przecież być tak, że osoby spoza naszego Zakonu wiedzą więcej o dominikańskim fundamencie  Vaticanum II niż sami bracia dominikanie. Ojciec Yves Congar – to głównie jego teksty były źródłem soborowej odnowy. O.Congar zajął mi najwięcej czasu. Niewątpliwie wielka postać – nie tylko przez jego (naszą) teologię, ale przez świadectwo WIERNOŚCI i POSŁUSZEŃSTWA. Na ostatniej sesji prenowicjatu w Krakowie czytaliśmy wiele o dominikańskim studiowaniu, ale dopiero o. Congar przekonał mnie do studium jako fundamentalnej obserwancji w naszym Zakonie.30 lat życia w opuszczeniu, w czasach, kiedy Święte Oficjum zakazało mu publikowania bez podania przyczyn, bez żadnego dialogu i wyjaśnienia. 30 lat, w których nie sposób nie narzekać, złorzeczyć, a nawet odrzucić wierność i posłuszeństwo. O.Congar, dzięki przyjęciu tego krzyża i dzięki połączeniu go z Krzyżem Chrystusa dochowuje wierności. Nawet na wygnaniu nie porzuca habitu. Wszystko to opisuje w doskonałej książce: „Teolog na wygnaniu”.To on wskazał mi drogę… „Nie wiemy, nie powinniśmy próbować się dowiadywać, dokąd nas zaprowadzi posłuszeństwo” – pisze o.Congar. Pozostaje być  poddanym „tajemnicy opatrznościowego prowadzenia.”

www.thetablet.co.uk/ images/congar.jpg

www.thetablet.co.uk/ images/congar.jpg

Nie mogę więcej pisać. Przez nowicjat. Wola przełożonych musi być odczytywana jako wola Boga samego. Boża opatrzność mnie prowadzi. Oczyszcza? Z czego? A może z kogo? O. Congar, na pół roku przed śmiercią otrzymał od Jana Pawła II kapelusz kardynalski. Aż tam doprowadziło go posłuszeństwo… A mnie? Wyznaję akt wiary za o.Yves’em Congar’em OP: „Słowo Boże. Nie tylko o nim mówić, ale żyć nim, błagać o nie (…). Płacić za swoje powołanie.”

Na swoim obrazku prymicyjnym, o.Congar umieścił słowa nawiązujące do przejścia przez Morze Czerwone:

„ But none of the ransomed ever knew, how deep were the waters crossed”

czyli: "Ale nikt z ocalonych nigdy nie dowiedział się, jak głębokie były wody, które przebył” – świetny komentarz do całego życia Congara. Bardzo zależało mi na tym, aby pisać. Uważałem to za doskonałą formę wypełniania nakazu: „Idźcie i głoście.” Tymczasem nie będę już mógł, w taki sposób, realizować dominikańskiej misji: „contemplari et contemplata aliis tradere”. Dotykam tym samym ogromnej tajemnicy – tajemnicy posłuszeństwa, która mnie próbuje i ogranicza, ale jednocześnie ciekawi i fascynuje. Jest pociągająca. Niezwykłe wydaje się to Boże marzenie o moim życiu. „Tajemnica opatrznościowego prowadzenia.” Te głębokie wody mojej drogi – to jest ta tajemnica – oczyszczająca, budząca ciekawość, intrygująca. Pełna nadziei…

 

 

Panie,

gdy wszystko milczy

i gdy w mym sercu czuję bolesne kąsanie samotności...

gdy ludzie zżerają mi duszę,

a ja czuję się niezdolny do nasycenia ich...

gdy cały świat ciąży mi na barkach

swym ciężarem nędzy i grzechu...

 

powtarzam Ci moje "TAK"

nie w wybuchu radości, ale wolno,

świadomie, pokornie-

samotny, Panie, przed Tobą...

15:46, jkrawat
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 listopada 2009

 

Czyż brakowało grobów w Egipcie, że nas tu przyprowadziłeś, abyśmy pomarli na pustyni?” (Wj 14,11)

Kto by pomyślał, że kiedyś będę mógł porównać siebie do narodu wybranego, a nowicjat do jego wędrówki przez pustynię? Że Kanaan będzie rzeczywiście daną mi obietnicą, a Egipt pozostawionym życiem? Jestem jak ci Izraelici, którzy opuścili Egipt bogaty w garnki pełne mięsa, chleb, cebulę i czosnek. Jestem na pustyni, gdzie jest gorąco, sucho, gdzie czuję pragnienie i głód. Pewnie dlatego ciągle patrzę wstecz. Narzekam na brak chleba do sytości, mięsa, cebuli i czosnku.

Czasem trudno jest zaufać. Znam swój Egipt. Byłem może nie do końca pewny, ale wiedziałem czego mogę się spodziewać. Tymczasem wyszedłem na pustynię, bo usłyszałem obietnicę o ziemi obiecanej. „Czy to nie złudzenie?” –czasem sobie myślę. Ciężko jest ufać na pustyni. Nawet żywe modlitwy uwielbienia, które zawsze pełne były odczuwalnej obecności Boga, dzisiaj są całkiem beznamiętne. W czasie jednej z takich modlitw wołam w sercu: „Panie! Tatusiu! Ja nie umiem Ci tak zaufać jak jeszcze 3 miesiące temu… Nie wiem czy w ogóle jeszcze potrafię…” I nagle jeden z ojców zaczyna czytać fragment z „Dzienniczka” św. Faustyny, o tym, ze Jezusa bardziej boli brak zaufania Jego wybranych, niż ich grzechy . Takie sytuacje pojawiają się przez kilka tygodni; sytuacje,  w których sam Bóg prosi mnie o ufność. Nawet spowiednik i przełożeni. Skąd oni wiedzą, co ja przeżywam? Nie czuję zaufania, ale wiem co muszę zrobić, aby ufnie postąpić. Stoję przed Kanaan. Mogę wrócić do Egiptu, tylko tak naprawdę już bez pewności co do obfitości w chleb, mięso, ogórki, melony, ryby, cebulę i czosnek. Moi zwiadowcy szczegółowo opisują mi ziemię obiecaną: „Jest to rzeczywiście kraj opływający w mleko i miód” i pokazują mi owoce z ziemi Kanaan (por. Lb 13, 27-33). Wszystko zgodnie z obietnicą. Tylko że tchórzę – boję się ludu olbrzymów zamieszkujących te ziemie. Wybieram 40-toletnią wędrówkę przez pustynię, aż umrze ostatni z tego szemrającego we mnie pokolenia buntowników. I tak oto ani nie wracam do Egiptu, ani nie wchodzę do obiecanego kraju pełnego miodu i mleka. Wszystko dlatego, ze moje serce myśli o dobrobycie Egiptu zamiast zaufać Panu.

Zaufanie Panu to drzwi, za którymi czeka sam Pan Bóg. A ja jestem pełen pretensji, że Bóg do mnie milczy, że nie daje wskazówek, że nie pisze mi ognistymi literami na niebie, abym otworzył te drzwi. Nie muszę przecież wędrować 40 lat przez pustynię. Ślepcem jestem nie dostrzegając manny z nieba i przepiórek, wody ze skały w Meriba – potwierdzeń mojego wybrania. Głupcem jestem wołając: „Czy też Pan jest rzeczywiście wśród nas, czy nie?” (Wj 17, 7b). Oczekuję przejawów Boga, a nawet ich nie zauważam. Bóg tymczasem mówi: „Nie chcę dawać ci jedynie moich przejawów w charyzmatach, uczuciach, wydarzeniach, itp. Chcę ci dać całego Siebie. Nie pragnij więc moich przejawów. Pragnij Mnie Samego!”

Nowicjat jest czasem oczyszczenia. Może właśnie głównie z tęsknoty za czosnkiem i cebulą, mięsem i chlebem. Nasz magister zwykł odkrywczo mawiać: „Jeśli źle przeżyjesz nowicjat, to będziesz miał źle przeżyty nowicjat”.

Potrzebowałem tych wszystkich chwil upokorzenia, tych momentów ciemnych (których tutaj nie chciałem opisywać), aby razem ze św. Faustyną powiedzieć: „Czyń ze mną, co chcesz, nie odstąpię od Ciebie” (Dzienniczek, s. 41)

Mimo, że moje uczucia wątpią, aktem woli wybieram Kanaan. Modlę się o odwagę slowami Psalmu 131: „O Panie, moje serce nie ma już pretensji…”


14:18, jkrawat
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 października 2009

09.09.2009 r. – zmarł dominikanin…
Kiedy wszyscy bracia i ojcowie po popołudniowej modlitwie Liturgią Godzin schodzą do refektarza na obiad, zwykle jeden z braci nowicjuszy, starym zakonnym zwyczajem czyta fragment z Pisma Świętego. Po nim czyta się nekrologi zmarłych braci. Taki nekrolog opowiada krótką historię życia, głównie zakonnego. Dzisiaj do grona braci, których historia czytana jest z księgi zmarłych, dołączył kolejny brat – brat Maksym OP. Był dopiero 2 lata po ślubach, 3 lata w zakonie. Zmarł na zawał tej nocy, na obozie w Krymie. Ta wiadomość jak ostra strzała przebiła naszą wrażliwość. Śmierć każdego dominikanina jest dla naszej zakonnej rodziny wielkim ciosem. Ta szczególnie – brat Maksym był przecież na początku dominikańskiej drogi… Niech spoczywa w pokoju.

Świadczyć o Ewangelii
Nasz nowicjat ma w swoim klasztorze bardzo cenny dar. Jeden z ojców – jeszcze kilka lat temu wybitny profesor, piszący teksty dla Kongregacji Nauki Wiary, jest dzisiaj bardzo chory. Ma m.in. postępującą chorobę zaniku kory mózgowej. Wymaga stałej opieki. Na każdy tydzień, oficjum opieki nad ojcem, przejmują kolejni dwaj bracia. Dla niektórych jest to ogromny wysiłek, żeby z miłością pokonać swój wstyd, lęk, czasem obrzydzenie czy zniesmaczenie, kąpiąc go albo wymieniając jego naprawdę brudną bieliznę; tak samo przy sprzątaniu jego celi. Ten ojciec ma dotknięte chorobą ciało, ale jest zupełnie sprawny umysłowo, ma duże poczucie humoru i wielką radość, choć czasem bywa kapryśny. Nasza opieka to nie tylko poznawanie siebie w kontakcie ze starszym, schorowanym człowiekiem, ale także próba empatii i życzliwości wobec upokorzenia drugiego człowieka. 
Oprócz opieki nad ojcem, możemy również odwiedzać starsze i samotne osoby w Domu Pomocy Społecznej, który od lat jest sąsiadem naszego klasztoru. Część braci odwiedza co tydzień to miejsce, niosąc ze sobą Dobra Nowinę i bezinteresowną miłość. Ja natomiast postanowiłem włączyć się w „duszpasterstwo dzieci” poprzez pomoc w niedzielnych homiliach. W końcu nie wiadomo jakie zadania duszpasterskie zostaną mi powierzone, jeśli Bóg da…

Dominikanin = kaznodzieja
Zakon Kaznodziejski w szczególny sposób jest zobowiązany do kaznodziejstwa. I rzeczywiście – charyzmat głoszenia jest żywo obecny w Zakonie. „Głosić wszystkim, zawsze i na wszystkie możliwe sposoby” – to cel naszego Zakonu. Charyzmat głoszenia jest często (nie umniejszając oczywiście roli Ducha Świętego) efektem ciężkiej pracy i ciągłego doskonalenia swojego kaznodziejskiego warsztatu. Nie przychodzi się do zakonu z umiejętnościami wielkiego mówcy. Tego będę się uczył chyba przez całe życie (słuchając niektórych ojców- na pewno całe życie ). Dlatego już jako nowicjusze głosimy kazania. Na przygotowanie tych 10 minut komentarza do Słowa z Liturgii danego dnia, mamy 2 tygodnie. Ja głoszę w ostatni poniedziałek października. Chyba najciekawszą trudnością jest pokonanie lęku przed „lożą szyderców i kpiarzy” - czyli gromadą zawsze gotowych na życzliwą uszczypliwość braci nowicjuszy :) Przeżycie tej krytyki to prawdziwa kuźnia kaznodziejska, taka dominikańska próba ognia. Pozostaje śpiewać za królem Dawidem: „Zobaczcie jak dobrze i miło, kiedy bracia mieszkają razem” (Ps 133,1). Tylko jakie kazanie powiedzieć? Ojciec Marek Kosacz OP radzi, że kazanie „ma być jak spódniczka mini – na tyle krótka, żeby przyciągała uwagę i na tyle długa żeby obejmowała istotę”. Ot recepta…



13:06, jkrawat
Link Komentarze (3) »
środa, 16 września 2009

Kto by pomyślał, że biały habit może tak szybko się brudzić... Okazuje się niemałą sztuką zjeść np. śniadanie czy obiad i pozostać nadal czystym. Chociaż panie z pralni szybko i sprawnie usuwają nawet najcięższe plamy, to nie jest łatwo dbać o czystość tego białego habitu - zewnętrznego znaku konsekracji zakonnej. Starsi bracia mówią, że spokojnie jeden habit można nosić przez 2-3 tygodnie - hmm, tylko kiedy i ja dojdę do takiej wprawy?

Przyjęcie habitu to dopiero moment, który rozpoczyna oficjalnie nowicjat. Po rocznym przygotowanium tzw. prenowicjacie, po zdaniu egzaminu i pozytywnym głosowaniu rady, Zakon Braci Kaznodziejów uznał, że razem z pozostałymi 13 braćmi nadaję się do rozpoczęcia nowicjatu w Polskiej Prowincji. Patrząc wstecz, wszystko wydaje sie bardzo niezwykłe. To, że 1,5 roku temu zdecydowałem się na rozmowę z dominikańskim duszpasterstwem powołań, uczyniło mnie dzisiaj jednym z tych braci w białych habitach.

Pamiętam bardzo wyraźnie - wciąż brzmi  mi w uszach echo oklasków, kiedy chwilę po tym, jak o. Prowincjał przyodział mnie w białą tunikę, przepasaną pasem z różańcem, szkaplerz i kaptur, a na to wszystko czarną kapę, schodziłem po schodach z prezbiterium. Po 6 latach zwlekania, wreszcie odpowiedziałem na zaproszenie Mistrza, i to w taki zaskakujący dla mnie samego sposób.

Teraz, kiedy patrzę na księgę Konstytucji MOJEGO Zakonu, która leży przede mną na biurku, tuż obok paru zdjęć z obłóczyn, kilku nieodpisanych listów, papierowego bałaganu, mam pewność, że biało-czarna droga, to moja droga. Taka pewność na "tu i teraz".

Zostałem liturgistą nowicjatu. Obok dziekana i kantora to trzecia oficjalna funkcja. Ode mnie zależy jak będzie wyglądała każda liturgia. To oficjum jest bardzo czasochłonne - nie ma kiedy zatrzymać się na chwilę, ale z czasem pewnie nauczę się sztuki organizowania sobie czasu. Jestem również odpowiedzialny za naszą kaplicę - dzieki temu, mogę znacznie częściej przebywać w obecności żywego Pana Jezusa, czekającego w tabernakulum.

Trzeci tydzień to w moim wypadku próba pokonywania samego siebie - próba rozmowy z milczącym Bogiem (albo przynajmniej mówiącym tak delikatnie, że ledwo Go słyszę...). Nie zamierzam nazywać tego kryzysem. Wydaje mi się to raczej swojego rodzaju próbą wierności. Czas, w którym wraca to wszystko, z czego się zrezygnowało, albo co się bezpowrotnie zostawiło. Wspomnienia odbytych spotkań czy przyjaźni, wystawionych teraz na próby. Nutka tęsknoty za pracą i raczkującą karierą, za domem, rodziną, światem...

Każdy z braci od momentu obłóczyn ma swojego patrona na całe zakonne życie. Mnie wybrał sobie św. Paweł Apostoł. Ciągle próbuję się z nim zaprzyjaźnić. Obok tego, że teraz z łatwością przychodzą mi do głowy cytaty z jego listów, to mam wrażenie, że chce poprowadzić mnie do zjednoczenia z Chrystusem drogą, którą on sam dobrze zna - drogą nawrócenia i oczyszczenia. Trochę boję się jego pomysłów, ale z odwagą chcę w to wejść, aby powiedzieć za nim: "Już nie ja żyję, ale Chrystus" , a przez to zrealizować cel życia zakonnego.

Równolegle z tą formacją duchową - za którą bracia są sami odpowiedzialni, oczywiście mają do dyspozycji mnóstwo środków proponowanych przez Zakon, rozpoczynamy formację intelektualną. I tak, obok nużących i bezlitosnych codziennych zajęć ze śpiewu, mamy wykłady z Historii Zakonu, z Katechizmu czy z innych wykładów -wstępów do liturgii, teologii i filozofii. Niektóre kończą się egzaminami, a potem - razem z lektoratami z łaciny, wylądują w indeksie studenta Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. Dominikanów.

Dominikański nowicjat jest inny niż wszystkie poprzednie - mieści się w centrum Warszawy, bracia mają wysokie kieszonkowe i dużo swobody, bo jak podają nasze konstytucje: "odpowiedzialność za własną formację ciąży w pierwszym rzędzie na samym kandydacie, dobrowolnie współpracującym z łaską Bożego powołania..." (KKi2 OP, par.156). Do tego częste przechadzki i dużo mozliwości zmarnowania tego czasu...

3 tygodnie w nowicjacie to wciąż mało, aby nazywać siebie zakonnikiem, ale wystarczająco, aby nazwać to miejsce moim domem...

11:51, jkrawat
Link Komentarze (7) »
niedziela, 23 sierpnia 2009

Do klasztoru dotarłem jako 3. Cela nr 427. Puste meble, gołe łóżko, koło okna umywalka i rozlatująca się szafka przy niej. Ta cela należy zwykle do liturgisty, mozna więc znaleźć jeszcze dodatkową szafę, w której są same skarby: dodatki do LG na cały rok (OP), 2 zniszczone mszały rzymskie, dwa przedsoborowe mszały rytu dominikańskiego i mnóstwo innych potrzebnych liturgiście gadżetów. Puste ściany z jednym prostym krzyżem. Pozostałe meble stoją jakby za chwilę miały się zupełnie rozlecieć. Nad umywalką pęknięte lustro, połamane wieszaki na ręczniki. Moja cela. Mój dom. Miejsce mojej samotności.

Zanim jeszcze poukładałem swoje rzeczy do szafki, postanowiłem zrobić niewielkie przemeblowanie. Teraz to miejsce jest jeszcze bardziej moje. Ubrałem pościel, ubogaciłem puste szafki ksiązkami i ikonami, ściany obrzem św. Dominika. Mam telefon w celi :) Drzwi przyozdobione karteczką: 427 br. Jarosław ********.

 

Dzień trzeci

Poniedziałek. Trwają rekolekcje. To już trzeci dzień w tym klasztorze. Dostałem zasłony na południowe słońce. Ks. Piotr ze Szczecina mówi z mocą o Słowie Bożym. Mam mnóstwo wątpliwości. Każdego dnia oczekuję na Pana Jezusa - Żywe Słowo. Czasem dotyka mnie swoim pocieszeniem. Ostatnio powiedział mi,że nie muszę palić i rzeczywiście nie muszę - samego mnie to dziwi. Jutro mamy egzamin - tzw. badanie kanoniczne. Mówią nam, że to nic strasznego, jednak wszyscy - cała nasza 14 - mniej lub bardziej czuje jakiś tam lęk. Za godzinę mamy różaniec, a do tego czasu pójdę chyba na spacer - posłuchać jak Żywe Słowo rezonuje we mnie... Właśnie przywieziono nasze habity.

 

Badanie kanoniczne

Stojąc przed salą, w której odbywał się egzamin, można było najeść się strachu. Bracia przede mną wchdozili, a zaraz po wyjściu biegli do kaplicy. Kiedy byli w środku, po jakimś czasie, słychać było głośne śmiechy.

Wreszcie wchodzę. Jak nas poinformowano - pytania i przebieg egzaminu są na zewnątrz tajne. Brzmiało poważnie. Ośmiu ojców, w tym nasz magister i submagister, przeor, subprzeor, dotychczasowy nasz duszpasterz - o. Michał. Na stołach mnóstwo papierów, notatek i... kulki - czarne i białe. To nimi ojcowie (i brat) głosują, podejmują decyzję. W każdym razie mam to za sobą. Jeszcze tylko decyzja o. Prowincjału.

Do obłóczyn pozostało zaledwie 4 dni. Ten czas to ciągłe uczenie się tego klasztoru, tego miejsca. Stopniowe zakochiwanie się w nim. Codziennie też jest śpiew - za tydzień starsi bracia nas zostawią i będziemy sami prowadzić śpiewy podczas Mszy św. czy Liturgii Godzin. Jak dla mnie - dość męczący element naszego dnia. Szkoła cierpliwości nie jest taka łatwa. Bardzo trudno jest trwać cierpliwie w oczekiwaniu na spotkanie Mistrza. Trudno jest budować wiarę, kiedy On milczy. Nawet kiedy Go spotykam, zaraz potem mam wątpliwośći i wszytsko racjonalizuję, ujmując prawdziwą istotę tych wydarzeń...

Właśnie dostaliśmy informację, że o. Prowincjał dopuścił wszystkich braci do nowicjatu. Więc jest nas 14. Dostaliśmy już patrona na całe życie zakonne, ale poznamy go dopiero w trakcie obłóczyn.

14:26, jkrawat
Link Komentarze (5) »
piątek, 14 sierpnia 2009

my psy

z bloga Wodza: http://dominikanie.pl/tomasz_nowak_op_strefa_wodza.php?wpis=269

 

Zakon Kaznodziejów to nie tylko Bracia. Drugi Zakon św. Dominika to ogromny skarb i bogactwo. Św. Domink, zanim założył wspólnotę braci, zgromadził niezastąpione kobiety. Klaudia, już prawie aspirantka, zgodziła się napisać...

 

Za 28 dni rozpoczynam postulat w Zgromadzeniu Sióstr św. Dominika. Jak to się stało? Sama się nad tym zastanawiam. Gdy teraz patrzę z perspektywy czasu na moje wcześniejsze życie, z uśmiechem stwierdzam, że  do nawrócenia dostałam gratisa w postaci powołania zakonnego :) Oczywiście czas pokaże czy to jest na pewno to, ale jestem pewna, że czas postulatu nie będzie czasem zmarnowanym.

Pamiętam to dokładnie. Byłam w połowie gimnazjum. Moje życie było takie normalne, jak każdej nastolatki. Kościoła może nie omijałam, ale przykazań nie przestrzegałam. Ot, tak było prościej i wygodniej. Duży wpływ miała też na to rodzina, w której się wychowywałam. Nie było w niej Boga, prócz świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy...

Nadszedł czas przygotowań do sakramentu bierzmowania. Nasz ojciec tak pięknie mówił kim jest Jezus. Zaczęło mnie to bardzo zastanawiać. Jak to, kocha mnie?! Przecież ja grzeszę! Nie mogłam w to uwierzyć, tym bardziej, że w moim życiu był obecny grzech przeciwko czystości... Postanowiłam jednak z tym walczyć. Pomogła mi bardzo comiesięczna spowiedź, która była wymagana jako jeden z punktów przygotowań. Tak bardzo krytykowana praktyka jednak pomogła... Walka nie była łatwa. Jednak udało się :) Bierzmowanie przyjęłam już bardzo świadomie i bardzo ono zmieniło moje życie. Na lepsze...

W tym samym czasie poczułam coś dziwnego... Był to „głos” gdzieś głębko, żeby poświęcić życie Bogu. No i tutaj zaczęła się moja pierwsza ( i pewnie nie ostatnia ) kłótnia z Bogiem. Ja się nie nadaje, ja jestem za słaba, chcę męża i gromadkę dzieci i tak w ogóle są lepsze dziewczyny niż ja i co jak co, ale Boże one będą lepiej Ci służyły... To były moje argumenty, jak się jednak okazało są za słabe. I tak zaczęłam się modlić o dobre rozeznanie. W między czasie poznałam siostry Dominikanki. Wiedziałam, że jak wstępować to tylko tutaj.

Nie jest mi łatwo. Rodzice, rodzeństwo, rodzina i znajomi... Nikt nie potrafi tego zrozumieć i odradzają mi to. Ale jak odmówić Miłości?

Chcę powtarzać za Matką Kolumbą, założycielką Dominikanek: „Oddaj się w ręce Boga jak dziecko dobremu Ojcu swemu, niech czyni z Tobą, co Mu się podoba”.

Pozdrawiam :)

10:51, jkrawat
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 sierpnia 2009
poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Dzisiaj przyszło mi na myśl porównanie do bogatego młodzieńca. "Co muszę zrobić, aby się zbawić?" Musisz oszaleć dla Mnie! - odpowiada Jezus. Bo rzeczywiście to czego wymaga Jezus musiało być szalone. Młodzieniec, który wypełniał prawo, zachowywał i realizował wszystkie przykazania, chciał byc maksymalnie w porządku wobec Boga - rozliczał się nie z tego co oddaje Bogu, ale robił co trzeba, na zasadzie umowy cywilno-prawnej, aby być fair. Tymczasem, jak mówi św. Ambroży, Pan Bóg patrzy nie tyle na to, co ofiarujemy Mu w darze, ale na to, co rezerwujemy dla siebie, bo jest Bogiem zazdrosnym. To jest właśnie ten dramat bogatego młodzieńca. A Pan Jezus spojrzał na niego z miłością i powiedział: Brakuje ci tylko jednego - OSZALEJ DLA MNIE!

Nasz magister (nowicjatu - patrzę w przyszłość) o. Tomasz Gaj OP, prowadząc z nami dzisiaj zajęcia, zaproponował ćwiczenie, w którym w parach mieliśmy opowiedzieć o opiniach naszych znajomych, bliskich na temat decyzji wstąpienia do Zakonu. Przypomniałem sobie wówczas te wszystkie niedowierzania, brak zrozumienia, absolutną dezaprobatę tej decyzji, przez niektóre środowiska czy osoby. A Pan Jezus mówi: oszalej dla Mnie! Wymaga totalnego radykalizmu, tak jak od bogatego młodzieńca. Postradania zmysłów, porzucenia wszystkiego dla Jezusa - to jest to szaleństwo, którego On oczekuje. To jest to szaleństwo, którego tak wiele ludzi nie rozumie...

Plakat powołaniowy

(plakat powołaniowy Chorwackiej Prowincji Zakonu Braci Kaznodziejów)

 

Jezu! Oto my tutaj - 15 szaleńców - przychodzi, aby pokazać Ci swoje szaleństwo dla Ciebie, aby rezygnując z udziału w tym wyścigu szczurów, proponowanym przez świat, złożyć wszystko Tobie i bez budowania swojej przyszłości samemu, zawierzyć wszystko Tobie, wypełniać każdego dnia Twoje wezwanie do szaleństwa dla Ciebie i z Twojego powodu.

Pomoż nam uczyć się być radyklanymi w wierze. Pomoż nam "sprzedać wszystko, rozdać ubogim i chodzić za Tobą". Pomóż nam oszaleć dla Ciebie...

09:51, jkrawat
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 sierpnia 2009

"Przylgnięcie do Chrystusa jest naszą odpowiedzią na Jego pełne miłości spojrzenie i na Jego wezwanie. Odpowiedź ta będzie zawsze naznaczona rysem przygody i ryzyka. Jezus chce, byś przylgnął do Niego bez pytania o szczegóły i wszystkie konsekwencje twojego wyboru, bez pytania o przyszłość. (...) Apostołowie, by pójść za Chrystusem, musieli zostawić wszystko" (ks. Tadeusz Dajczer, Rozważania o wierze, Edycja św. Pawła, Czestochowa 1992, wyd. IX 1998, s. 36).

Chyba tego nie rozumiałem. Przyjeżdżając do Krakowa zostawiłem wiele mostów. Ten czas, który tutaj rozpoczęliśmy, będzie czasem trudnej pracy rozbiórki i burzenia tych mostów. Nie wiem czy jestem na to gotowy. Boję się. Może to głupie, ale boję się, że rezygnacja z moich przekonań, moich wizji i planów, rezygnacja z własnej woli, a zawierzenie wszystkiego Jemu, będzie paradoksalnie niekorzystne dla mnie. Boję się zrezygnować z siebie, aby zdać się zupełnie na jego OBECNOŚĆ. Rozpocząłem niełatwy czas walki ze samym sobą, z moim egoizmem, z moją przyszłością na rzecz Jego planów mojej przyszłości.

Bazylika św. Trójcy przy klsztorze oo. Dominikanow

Mam bardzo ciapłą celę. Od południa do zachodu słońce bezlitośnie zagląda mi przez okna. Do tego nie mam zasłon. Taka sauna prawie ;) Bracia od tej strony dostali pozwolenie na trzymanie w celi wody. W tych warunkach to naprawdę wielki dar. Za chwilę adoracja. Jest niemało intencji, które muszę Mu przedstawić, z którymmi titaj przyjechałem, żeby Mu powierzyć i wcale nie mniej słabości, które ciągnę ze sobą jak kule, a które też chcę Jemu oddać, aby tu i teraz, w moim sercu, zaczął je przemieniać...

11:00, jkrawat
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3